Nowości

Popularne
Chamscy kierowcy autobusów?

Opryskliwi, czasem nawet wulgarni, palą podczas jazdy, a pety wyrzucają za okno - kierowcy miejskich autobusów. Jak długo będą jeszcze tak wyglądać?

Większość z nas pamięta nieuprzejme panie ze sklepów Społem, równie miłe "kelnerki" z barów mlecznych czy chamskich elektryków, którym trzeba było przynieść ze sklepu piwko (koniecznie zimne), żeby w ogóle zabrali się do pracy. Te czasy mijają. Sklepy Społem znikają z polskich ulic, te, które zostały, cywilizują się coraz bardziej wraz z personelem. Bary mleczne przypominają dziś McDonaldy z tamtejszą aż nadto uprzejmą obsługą. Nawet elektrycy liczą dziś pieniądze, więc nie mają czasu na piwko. Ostała się już chyba tylko jedna grupa zawodowa, do której nie dotarło hasło: "Klient nasz pan". Mowa oczywiście o kierowcach "czerwoniaków". Nie pomagają im ostrzeżenia, kary finansowe ani tym bardziej kursy dobrego wychowania. Chamstwo w komunikacji miejskiej się szerzy.

Za wcześnie

- Chciałem wrócić do domu ostatnim dziennym autobusem. Wyszedłem wcześniej na przystanek, żeby go nie przegapić. Kiedy kilkanaście metrów od przystanku zauważyłem, że właśnie podjechał, zacząłem biec. Kiedy dotarłem do niego po kilku sekundach, kierowca zamknął mi drzwi, i to pierwsze, tuż przed nosem. Odjechał dosłownie kawałek i stanął na czerwonym świetle. Podszedłem więc i zapukałem do drzwi, spojrzał i się uśmiechnął; myślałem, że otworzy, ale tego nie zrobił. Mimo że przyjechał pięć minut przed czasem. I co z tymi, którzy wybrali się na przystanek według rozkładu? Co mu przeszkadzało otworzyć drzwi, przecież i tak stał na światłach - pyta Marcin z Warszawy. Według statystyk Zarządu Transportu Miejskiego w stolicy 90% skarg na komunikację autobusową dotyczy niepunktualnego przyjazdu autobusów. Są zbyt wcześnie lub za późno. Można to tłumaczyć korkami czy awariami. Dlaczego jednak kierowca, który przyjeżdża przed czasem, potrafi zamknąć pasażerowi drzwi przed nosem?

O odpowiedź na to pytanie poprosiliśmy Annę Jurzyk, dyrektor do spraw personalnych Miejskich Zakładów Autobusowych.

- To bardzo ciężka i stresująca praca. Utrudniają ją dodatkowo prace drogowe w Warszawie, zmiany tras, korki, no i pogoda. Jazda po Warszawie jest bardzo trudna i wyczerpująca, więc nie należy się dziwić, że kierowcy bywają zmęczeni, podenerwowani. Ich praca wymaga wielkiego wysiłku, którego pasażerowie czasem nie mogą zrozumieć. Nie wszyscy kierowcy mają dużą odporność psychiczną, czasem ich nerwy nie wytrzymują - usprawiedliwia kierowców dyrektor Jurzyk. Przyznaje przy tym, że nie spotyka się z kierowcami w ich miejscu pracy, bo sama jeździ własnym samochodem. Ci, którzy nie mają tyle szczęścia, muszą zmagać się ze spóźnionymi, zatłoczonymi autobusami, które nieraz prowadzą, delikatnie mówiąc, mało uprzejmi panowie. I tę kwestię MZA potrafi jednak wyjaśnić:

- Mamy tak duże braki w załodze, że zatrudniamy właściwie wszystkich kierowców z wymaganymi uprawnieniami, po testach psychologicznych.

Bez biletu

- Czekałam na nocny autobus pod Dworcem Centralnym, miał być piętnaście po 1. Nie przyjechał. Po półgodzinie pojawił się następny. Chciałam kupić bilet u kierowcy, ale ten z papierosem w zębach rzucił niegrzeczne: "Nie ma, k..., biletów". Poszłam więc do innego autobusu i kolejnego. Dopiero czwarty kierowca był w stanie sprzedać mi bilet - opowiada Karolina. Według przepisów kierowca warszawskiego autobusu ma obowiązek sprzedać pasażerowi bilet. Może tego odmówić jedynie w wypadku, gdy opóźnienie autobusu przekracza 3 minuty. Moi rozmówcy twierdzą, że z reguły nie udaje im się jednak biletu u kierowcy kupić. Nawet jeśli autobus stoi na pętli i do odjazdu pozostało jeszcze kilka minut. Trudno ocenić, czy faktycznie nie mają, czy po prostu nie chce im się sprzedać nam biletu.

- Nie może zapomnieć, że kierowca nie jest sam sobie panem, ale pracuje dla firmy, która dba o swoich pasażerów - padają zapewnienia ze strony MZA. Tylko to ono jest odpowiedzialne za to, że kierowca nie ma biletów, które mógłby sprzedać pasażerom.

I ta firma ma jednak nad sobą zwierzchnika. Jest nią Zarząd Transportu Miejskiego. Jego przedstawiciele są dużo bardziej krytyczni w stosunku do kierowców niż ich bezpośredni przełożeni.

- Absolutnie nie może być mowy o tym, żeby zatrudniać przypadkowych ludzi. Tak samo o usprawiedliwianiu nagannych zachowań. To ich karze się za niepunktualność, nie włączanie klimatyzacji, łamanie prawa czy brak kultury. Kierowcy mają też absolutny zakaz palenia w autobusach. W razie zauważenia tego typu zachowań należy dzwonić na numer 9484 i zgłaszać konkretne przypadki. My informujemy przewoźników, a oni powinni takich kierowców ukarać upomnieniem, naganą, zabraniem premii lub nawet zwolnieniem - mówi Michał Powałka, rzecznik Zarządu Transportu Miejskiego w Warszawie. Jak w praktyce działają kary - nie wiadomo. Widać za to, że z kursów dobrego wychowania, którym mieli być obowiązkowo poddawani kierowcy, nic nie wyszło.

I cała reszta...

- Kierowca w nocnym nie chciał mi sprzedać ulgowego biletu za 2,5 złotego [podwójna dzienna taryfa - przyp. red.]. Powiedział, że ma tylko całe. Kupiłem cały, a on wręczył mi dwa bilety ulgowe. Więc miał, ale nie chciał - mówi Ernest z Krakowa.
- Stałem na przystanku, a kierowca się po prostu nie zatrzymał. Kolejny autobus był dopiero za pół godziny - opowiada Artur z Poznania.
- Autobus miał zmienioną trasę, tylko że ani na przystanku, ani w samym pojeździe nie było żadnej informacji. Szkoda, bo się spóźniłem na ważne spotkanie - mówi Maksymilian z Płocka.

Jak się okazuje, problem z kierowcami "czerwoniaków" mają nie tylko warszawiacy. Wydaje się, że problemem nie są długie trasy czy korki, ale sami kierowcy. Pracują w ostatnich już w Polsce firmach, które pozostają monopolistami. Choć i to się zmienia.

W coraz większej liczbie miejscowości do konkurencji wchodzą prywatni przewoźnicy na podstawie umów z ratuszem obsługujący miejskie trasy. Mają nowe niskopodłogowe autobusy, często klimatyzowane i co ważne, prowadzone przez uprzejmych panów w firmowych kubraczkach. Co ciekawe, obsługa przez takie firmy kosztuje miasto często mniej niż usługi państwowego przewoźnika. Niestety ten konkurencji zdaje się nie dostrzegać.

- Jednak skargi na kierowców wynikają czasem także z nieżyczliwości i braku zrozumienia dla trudów pracy kierowcy komunikacji miejskiej wśród pasażerów, Czasami też inni użytkownicy drogi prowokują wypadki w celu wyłudzenia odszkodowania - twierdzi Anna Jurzyk. Niestety wygląda na to, że jeszcze przez jakiś czas kierowcy "czerwoniaków" wraz ze swoimi sypiącymi się ikarusami i leciwymi jelczami pozostaną ostatnim żywym reliktem PRL-u.

Karol M.Szymkowski

Artykuł z Portalu: www.o2.pl

 
następny artykuł »