|
Wspomnienie o Zdzisławie Beksińskim
Starsi mieszkańcy Sanoka z pewnością pamiętają nieduży, stojący nieco w tyle jednej z głównych ulic drewniany domek Beksińskich. Został wyburzony pod koniec lat 70. i to w zasadzie było jedną z przyczyn, dla których Zdzisław Beksiński zdecydował się opuścić rodzinne miasto. Na początku lat 60. przyległy do niego niewielki ogród pełen był rzeźb i cementowo-metalowych kompozycji niepasujących do tego miejsca, ani czasu. Wyrażały inny świat, prywatny, odległy i często dla wielu niezrozumiały. Tak jak Jego muzyka, fotografie i obrazy, dzięki którym zyskał sławę, i które stały się przyczyną tragedii. To jednak wydarzyło się znacznie później.
W roku 1959 Zdzisław Beksiński rozpoczął pracę w „Autosanie”, na stanowisku „plastika”. Taki wpis posiadał na wystawionej przez dział kadr przepustce służbowej, pomimo że będąc pracownikiem Działu Głównego Konstruktora zajmować się miał opracowywaniem projektów nowych nadwozi sanockich autobusów. Dla fabryki był to szczególny czas. W latach 1957/58 produkowano tu jeszcze autobusy Star 51 i 52 zaprojektowane na bazie jedynie dostępnych wtedy w kraju zespołów samochodu ciężarowego, ale trwały już prace nad nowymi konstrukcjami. Powstawał prototyp pierwszego polskiego autobusu z nadwoziem samonośnym H01 konstrukcji inż. Jerzego Pawłowskiego z BKPMot, ale również realizowano budowę prototypu własnej konstrukcji oznaczonej symbolem SFW-1 Sanok. Autobus ten stanowił przeciwieństwo ciężkich i pracochłonnych, opartych na drewnianym szkielecie Starów. Podobnie jak H01, „Sanok” miał mieć nowoczesne i znacznie lżejsze nadwozie samonośne, co znacznie poprawiłoby parametry trakcyjne przyszłego pojazdu. Poza tym  projekt miał udowodnić, że konstruktorzy z Sanoka są w stanie sprostać zadaniu skonstruowania nowoczesnego autobusu. Jak bardzo nowoczesnego? Otóż zaprezentowany w Warszawie był autentycznym szokiem dla ministerialnych „specjalistów” od krajowej motoryzacji. Twórcą bryły nadwozia był Zdzisław Beksiński, który przedtem tworzył skrzydlate wizje ustawiane w swoim ogrodzie. „Sanok” (przez pracowników Autosanu nazywany „skrzydlatym”) bardziej przypominał amerykańskie krążowniki szos z lat 60. niż to, co powinno kojarzyć się z autobusem. A poza tym, pomalowany był w dwóch kolorach, i to innych niż obowiązujący szary. Był bardzo przeszklony. Poza mocno wygiętymi szybami okien przednich i tylnych, szyby znajdowały się również po obu stronach dachu, schodząc aż do linii okien bocznych. W założeniach miał to być autobus turystyczny, dlatego doskonała widoczność była poniekąd wymogiem oczywistym- dla jego twórcy, jednak nie dla decydentów. Po raz pierwszy w polskich konstrukcjach autobusów, inżynierowie z Sanoka zdecydowali się umieścić silnik z tyłu. Dawało to liczne korzyści (odciążenie nieprzystosowanej do autobusów przedniej osi Stara, lepszy rozkład obciążeń, możliwość wyciszenia pojazdu i bardziej trwały układ napędowy), ale jednocześnie napotykano na liczne problemy. Jednym z nich był stosunkowo nieduży rozstaw osi, który próbowano „zgubić” zaproponowanymi przez Beksińskiego skrzydłami. Po pokazie w Warszawie nie uzyskano zgody Zjednoczenia na rozpoczęcie prób i uruchomienie produkcji „Sanoka”. Swój żywot zakończył jak rzeźby, w ogródku jordanowskim. Drugim projektem zaproponowanym przez Zdzisława Beksińskiego i równie zaskakującym był SFA-2. Zasadniczo różnił się od poprzedniego projektu, ale podobnie jak poprzedni nie pasował do swojego czasu. Jeszcze bardziej „przeszklony”, z prostymi płaszczyznami wszystkich elementów zewnętrznych nadwozia miał być pojazdem znacznie tańszym w produkcji, a jego forma nawiązywała do najnowszych światowych tendencji stylistycznych. Niestety. Tym razem nie spodobała się linia i skośny kształt bocznych okien, nawiązujący do autobusów amerykańskich. W fabryce prototyp nazywał się „akwarium” i tak wspominany jest do dziś przez dawnych pracowników. Niedługo potem, biuro konstrukcyjne zaprezentowało inny prototyp „akwarium” SFA-3, tyle że z „poprawnymi” prostokątnymi już tym razem szybami. Te z kolei były za duże, i również nie zatwierdzono go do produkcji. Najbliższym możliwości wytwarzania był natomiast kolejny z sanockich prototypów - mikrobus SFA-4 Alfa, którego kształt nadwozia zaprojektował Zdzisław Beksiński w roku 1964. SFA-4 był pierwszą konstrukcją polskiego mikrobusu z nadwoziem samonośnym, od początku opracowaną w zakładowym biurze głównego konstruktora. Samochód powstał w rekordowo krótkim czasie i miał być wiodącym produktem eksportowym polskiego przemysłu samochodowego. Miał on zastąpić dość dobrze sprzedającą się za granicą, aczkolwiek mocno przestarzałą, Nysę. 
Rzeczywiście, stylistyka nadwozia tego auta w tamtym czasie wyróżniała się zarówno nowoczesnością, jak i po raz pierwszy w rodzimych konstrukcjach - ergonomią (Beksiński zaprojektował między innymi fotel kierowcy i pierwsze w polskich samochodach „kielichowe” koło kierownicy). Wykonano 20 prototypów „Alfy” wyposażając je w jedynie dostępne zespoły napędowe pochodzące z samochodu Warszawa, ale docelowo miały być również nowe z projektowanej na Żeraniu nowej Warszawy „210” z silnikiem 6-cylindrowym. Wtedy rozpoczynały się już jednak rozmowy z Fiatem na temat uruchomienia w Polsce produkcji samochodu licencyjnego, co zadecydowało o zaprzestaniu prac nad „210”, jak również SFA-4 Alfa. Prawdopodobnie nie zachował się żaden z tych prototypów, podobnie jak również następny i ostatni zarazem, którego nadwozie zaprojektował na początku lat 70. Zdzisław Beksiński, SFA-21. Jego charakterystycznym elementem była niespotykana dotychczas linia dachu i słupków przednich. Również i ten autobus zbudowano tylko jeden, ale pomysł wykorzystano potem w rodzinie produkowanych - już po odejściu Beksińskiego z „Autosanu” - autobusów H09 i H9. Setki rysowanych zawsze tylko jedną kreską szkiców, rysunki detali, propozycje kolorystyczne i pasja tworzenia czegoś innego na miarę istniejących możliwości i marzeń. 
Będąc już sławnym i cenionym malarzem nie podkreślał i nie eksponował w sposób szczególny czasu, który spędził w fabryce założonej w 1832 roku przez swojego pradziadka, Mateusza Beksińskiego wraz z Walentym Lipińskim, a która dała początek dzisiejszej fabryce Autosan S.A. Uważał, że robił coś, co wtedy podobało mu się najbardziej. Tworzył dzieła, aby jak potem w malarstwie, „móc w nich przetrwać”. Od roku 1977 Zdzisław Beksiński mieszkał w Warszawie, gdzie został zamordowany w marcu 2005 roku. Wśród odprowadzających na miejsce spoczynku w rodzinnym Sanoku było wielu, którzy zapamiętali Go jako Zdzisia w drelichowej kurtce koloru khaki, który jedną kreską rysował autobusy swoich marzeń. Andrzej Glajzer Polskie Autobusy 1/2005 |